Zamknij
REKLAMA

Od Śnieżki po Mont Blanc. Górska pasja Szymona Gubańskiego

17:12, 03.08.2018 | E.D
Skomentuj Szczyt Mont Blanc
REKLAMA

Zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu w Alpach, to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza wtedy, gdy traktuje się je jako wyzwanie sportowe i omija się kolejki i schroniska będące udogodnieniem w trakcie wędrówki. Pochwalić się tym może Szymon Gubański z Biechówka w gminie Drzycim.

Szymon ma 27 lat. Na co dzień pracuje w Parafii Drzycim jako organista. Dzięki takiej pracy młody alpinista ma sporo czasu na realizowanie swoich pasji: jeździe na motocyklu, majsterkowaniu, muzyce organowej, czytaniu książek podróżniczych oraz treningach mających na celu przygotowanie do zdobywania kolejnych szczytów. Ta ostatnia, największa pasja rozpoczęła się już w dzieciństwie.

Emilia Drachal: Kiedy dokładnie pojawiło się Pana zainteresowanie górami?

Szymon Gubański: Gdy miałem 11-12 lat często odwiedzałem swoją rodzinę w Wałbrzychu blisko Karkonoszy. Jeździliśmy do Karpacza, gdzie zdobywałem swoje pierwsze szczyty. Na Śnieżkę wszedłem 8 razy. Później był pierwszy wyjazd w Tatry Wysokie na Giewont, Rysy, Orlą Perć, Kościelec, itd. Następne były Tatry Słowackie, które zdobyłem trudniejszymi drogami pozaszlakowymi.

E. D: Proszę opowiedzieć o zdobyciu Mont Blanc.

S. G: Moje wejście na Mont Blanc odbyło się w mniej preferowanym stylu. Większość turystów korzysta z wyciągów, schronisk, kolejek linowych. Do wysokości ok. 2200 m n.p.m można dojechać sobie bez wysiłku, a potem zaczynają się schroniska. Ta droga, zwana Drogą Gouter jest bardzo oblegana. Większość ludzi korzysta też z pomocy przewodników, którzy niejednokrotnie, zamiast zadbać o 100% bezpieczeństwa wciągają turystów- swoich klientów, za pomocą liny na większe wysokości.
Ja i moich dwóch kolegów wyjechaliśmy samochodem w poniedziałek, 25 czerwca. Jechaliśmy przez Niemcy i Szwajcarię aż do Francji. Dotarliśmy do miejscowości Les Houches, skąd rusza szlak w kierunku Mont Blanc. Przenocowaliśmy w namiocie. O 5:00 następnego dnia zbieraliśmy się już do podróży. Mój plecak ważył 22-24 kg. Pierwszego dnia podejście do baraku Forestiere zajęło mi 6,5 godz. Znajdował się tam schron awaryjny, w którym postanowiliśmy przenocować. Każdy z nas miał ze sobą kuchenkę przenośną, więc poszliśmy po śnieg i w ten sposób przygotowaliśmy wodę. Barak wyglądał jak wiejski budynek gospodarczy, miał drewnianą podłogę. Odstąpiłem chłopakom dwie prycze, a sam spałem na podłodze, czego potem żałowałem, ponieważ w baraku mieszkały również myszy. Kolejnego dnia, a był to czwartek 28 czerwca, wstaliśmy o 6:00 i wyruszyliśmy dalej. Naszym celem było osiągnięcie wysokości 3200 m n.p.m. i dotarcie na pole namiotowe obok schronu Tete Rouse. Tam odbyliśmy prowizoryczną aklimatyzację. Aklimatyzacja jest konieczna, ponieważ dzięki niej organizm stopniowo przyzwyczaja się do dużej wysokości. Spędziliśmy tam cały dzień. O spaniu w ciągu dnia nie było mowy, bo mocno świeciło słońce, a w namiocie było gorąco. Spotkaliśmy tam grupę Polaków z Gostynina. Złapaliśmy też zasięg internetu, sprawdziliśmy prognozę pogody i okazało się, że już następnego dnia będę musiał osiągnąć szczyt, ponieważ później mogą pojawić się opady śniegu i silniejszy wiatr. Dłużej nie mógłbym czekać ze względu na ograniczoną ilość jedzenia. Wyruszyliśmy więc w piątek, 29 czerwca o godz. 2:30 w nocy. Temperatura wynosiła ok. -5 stopni. Przechodzimy przez Grand Culuoir, najbardziej niebezpieczne miejsce na trasie ze względu na spadające kamienie rożnej wielkości. Dzięki temu, że wspinaliśmy się nocą, miejsce to było w miarę bezpieczne, gdyż kamienie były przymarznięte do podłoża. Po przejściu tej trasy rozdzieliliśmy się, bo każdy miał inne tempo. Po 2 godzinach dotarłem na wysokość 3800 m n.p.m na wysokość schroniska Gouter, ominąłem je, po czym wspinałem się już na szczyt. Na tej wysokości przez cały rok panuje zima. Po drodze napotkałem 4 szczeliny głębokie na ok. 15m. Po dotarciu do kolejnego schronu awaryjnego, zostawiłem w nim część bagażu, aby mnie nie obciążał. Warto dodać, że w trakcie całej wspinaczki od wyjścia z namiotu zjadłem jedynie 2 paski czekolady i wypiłem 0,5 l wody. Na tej wysokości po zjedzeniu czegokolwiek odczuwa się mdłości. Powyżej 4000 m n.p.m wejście staje się bardzo wymagające kondycyjnie przez ograniczoną ilość tlenu. Idąc nawet wolnym tempem organizm pracuje na bardzo wysokich obrotach – powietrze jest bardzo rozrzedzone. Podejście było strome. Po drodze, na wąskiej grani opadającej stromymi zboczami, mijałem ludzi schodzących ze szczytu. O godz. 8:27 osiągnąłem swój cel.

E. D.: Jakie towarzyszyły temu emocje?
S. G.:
Traktowałem to jako wyzwanie sportowe. Czułem, że dobrze wykonałem robotę. Zrobiłem trochę zdjęć. Na wierzchołku było 5-7 osób. Zabawiłem tam jakieś 25 min., później zerwał się wiatr, który na szczycie jest niebezpieczny. Zszedłem do schronu Vallot, gdzie spotkałem kolegów, którzy zamierzali osiągnąć szczyt następnego dnia. Podczas dalszego schodzenia ustępowały objawy dużej wysokości – zawroty głowy, mdłości, a także nie do końca logiczne rozumowanie (śmiech). Po powrocie do namiotu koniecznie należy odpocząć i zregenerować siły. Z racji, że nadal przebywałem na dużej wysokości, nocleg w namiocie był średni, temperatura wynosiła -10 stopni . Następnego dnia o 12:00 byłem już na polu namiotowym w Les Houches. Chodziło mi o to, aby wejść w czystym stylu, by niczego nie żałować, nic nie poprawiać. Dałem radę zdobyć Mont Blanc, więc uważam to za przepustkę do wyższych gór.

E. D.: Czy w trakcie wspinaczki na Mont Blanc pojawiły się jakieś nieoczekiwane sytuacje?

S. G.: Natrafiłem na wypadek Polki, o którym później można było czytać w internecie. Nasza rodaczka zginęła. Szła z przewodnikiem, lecz takim bez uprawnień, których jest sporo. Są biura podróży, które oferują wejście na szczyt z przewodnikiem, który tylko towarzyszy, nie biorąc odpowiedzialności za wypadki. Pani nie była przygotowana sprzętowo, z pewnością nie miała tez odpowiedniego doświadczenia w poruszaniu się po górskim terenie. W górach łatwo o prosty zbieg okoliczności, a w rezultacie - o wypadek. Pani nie miała raków, ani czekana. Stok miał małe nachylenie. Polka pośliznęła się, osunęła kilkadziesiąt metrów w dół uderzając w skały.

E. D.: Jak długo przygotowywał się Pan do osiągnięcia tego sukcesu?

S. G.: Moje całkowite przygotowanie trwało 6-7 lat. Polegało właśnie na stopniowaniu trudności. Samo przygotowanie do Mont Blanc trwało ponad rok i polegało na regularnych treningach. Przed wejściem na Mont Blanc wspiąłem się na Łomnicę zimą, co było godnym wyzwania sprawdzianem.

E. D.: Na czym dokładnie polega taki trening?
S. G.:
Oprócz wspinaczki górskiej, zwłaszcza w warunkach zimowych, trenuję modny ostatnio crossfit – taki trening ogólnorozwojowy, który rozwija różne partie mięśni, trening obwodowy, biegam i jeżdżę na rowerze na trasach 80-100 km. Warto również przyzwyczajać się do niskich temperatur poprzez trening nocny, zimowy oraz zimowe noclegi w namiocie.

E. D. : Jakie są Pana plany wspinaczkowe na przyszłość?

S. G.: Wszystko zależy od budżetu. Mam takie dwa cele na przyszły rok. Jest to Elbrus w Kaukazie lub Matterhorn w Szwajcarii. Myślę też o osiągnięciu wysokości 8000 m n.p.m, ale to w dalekiej przyszłości. Konieczne jest zdobycie doświadczenia i funduszy na ten cel. Zobaczymy jak to się potoczy. Jeśli chodzi o bliższą przyszłość, to w sierpniu wyjeżdżam w Tatry, najprawdopodobniej za cel obiorę Gerlach.

E. D.: Czy ma Pan jakieś rady dla osób, które chcą zdobyć Mount Blanc?

S. G.: Gdybym miał komuś poradzić jak zdobywać takie szyty, to dobrze jest zacząć od niższych celów – u nas w Polsce, w Karkonoszach, ewentualnie w Tatrach Zachodnich, Tatrach Wysokich, potem przenieść się w Tatry Słowackie. Po prostu iść stopniowo, nie od razu na wysoki poziom, żeby nie zrobić sobie szkody, bo po co? Nie warto również nikomu nic udowadniać w górach. Należy osiągać tyle, na ile nas stać, nie więcej. Bardzo ważne jest, aby umieć cofnąć się i zrezygnować z pewnych rzeczy. Góry są kapryśne i potrafią ukarać.

 

(E.D)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (2)

DawidDawid

9 0

Gratuluje wejścia na szczyt! Czy dobrze rozumiem, że zostawiłeś swoich partnerów w górach ponieważ szedłeś szybciej? Czy to częsta praktyka w górach, że zostawia się słabszych? 18:37, 08.08.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

AndrzejAndrzej

4 0

Chyba zabrakło argumentów "młodemu alpiniście", nie powinno się tak nazywać kogoś kto zostawia partnera/partnerów. Zachowanie bardzo nie fair, góry to nie żarty, ale widać nie wszyscy to rozumieją. Życzę dalszych sukcesów. 22:30, 31.08.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

0%